Mądrość X muzy

„A może chodźmy do kina?” to zdanie często słyszymy od znajomych. Nie ma w tym nic dziwnego. Kino ma bardzo mocną pozycję wśród form rozrywki na świecie. Nie ma też wątpliwości, że producenci filmowi nadążają za wymagającą, spragnioną nowości i wrażeń publicznością. Czy w świecie filmowym jest miejsce na refleksje filozoficzną? Czy film może być czymś więcej niż tylko rozrywką? Drugie pytanie traci aktualność, bowiem mało kto nie docenia dziś walorów sztuki filmowej. Jednak, czy jest w nim miejsce na filozofię? Krakowianie zapewne uważają, że tak. Dlatego organizują Festiwal Filmu Filozoficznego.

Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu w 2009 roku i od tego czasu staram się regularnie wracać na ten czas do Krakowa. Wtedy Festiwal wywarł na mnie duże wrażenie. Poza wyjątkowymi filmami, miałam okazję posłuchać wypowiedzi zaproszonych gości i wziąć udział w dyskusjach prowadzonych po projekcjach. Niestety z roku na rok rozmach, który wtedy mnie urzekł, zdaje się maleć. W tym roku uczestniczyłam tylko w jednym dniu Festiwalu, więc trzeba dodać, że nie mam oglądu całości. Niemniej finał mnie rozczarował.

Dzień zaczął się dobrze. Godzina 15, pokazy specjalne w kinie Agrafka. Dwa filmy, The Compositor w reżyserii Johna Mattiuzzi’ego oraz Spain/Spanien, którego reżyserką jest Anji Salomonowitz. Pierwszy przedstawia świat przyszłości. Główny bohater, Paul jest artystą pracującym w wielkiej, futurystycznej korporacji filmowej. Cierpi na dziwną dolegliwość zwaną „artystyczną”. Wiąże się ona z ciągłym niepokojem oraz z nieprzyjemnymi symptomami fizycznymi. Uniemożliwia mu to wykonywanie obowiązków. Firma opłaca leczenie. Zostaje namówiony do wzięcia nowego leku. Przywraca mu to zdrowie, Paul staje się wzorowym pracownikiem. Robi dokładnie to, czego oczekuje od niego korporacja. Jednak po jakimś czasie ujawniają się skutki uboczne terapii. Bohater wtapia się w masę ludzką pozostałych pracowników, gubi swoją tożsamość. Zmienia się z artysty w część maszyny produkcyjnej. W tym świecie nie ma miejsca dla jednostki.

Film w ciekawy sposób porusza problemy współczesności. Stawia pytanie o miejsce i rolę twórcy, a także i samej sztuki. Ile musi poświęcić artysta, by spełniać się zawodowo? Na ile jest to możliwe, jeśli aby zarobić „na życie”, ciągle musi podejmować się pracy o charakterze komercyjnym? Od miłośnika sztuki przechodzimy do problemu tożsamości każdego człowieka i indywidualnego szczęścia. Ten trzydziestominutowy film jest wieloznaczny i zawiera sporo wątków filozoficznych godnych dyskusji. Niestety po projekcji na taką dyskusję nie było czasu, od razu pokazany został drugi film.

Pełnometrażowy debiut Anji Salomonowitz przedstawia życie paru postaci, których losy splatają się mniej lub bardziej przypadkowo. Sava jest obcokrajowcem. Usiłuje dostać się do Hiszpanii. Uważa, że tam ludzie jeszcze wierzą w Boga. Tam chce znaleźć swoje miejsce na ziemi. Zamiast tego trafia do małego austriackiego miasteczka. A zamiast Boga znajduje tajemniczą Magdalenę. Kobieta jest konserwatorką zabytków. Bohaterowie zaczynają pracować razem nad renowacją starego kościoła. Nigdy nie rozmawiają ze sobą. Porozumiewają się jedynie za pomocą mimiki i gestów. Mimo to, zawiązuje się między mini więź, później romans. Magdalena wydaje się silną i niezależną kobietą, ma jednak problem z samotnością, nie potrafi otworzyć się przed drugim człowiekiem, zatraca się w pracy zawodowej, przynajmniej do poznania Savy. Odsłania przed nim swoją tajemnicę, blizny pozostawione przez byłego męża. Ten ostatni jest trzecią ważną postacią. Albert jest policjantem. Zajmuje się nielegalnymi imigrantami. Tropi „fikcyjne małżeństwa”. Nie pogodził się z rozstaniem z żoną. Ma obsesje na jej punkcie, śledzi ją, nachodzi, wydzwania. Szuka słów, które sprawią że wróci do niego. Pyta o te słowa Savę, gdy dochodzi do konfrontacji między nimi. Nie potrafi wtedy uwierzyć, że młody mężczyzna nie zamienił ani jednego słowa z jego byłą żoną.

Jest też czwarta postać, pozornie niezwiązana z pozostałymi. Gabriel jest operatorem dźwigu. Jest kochającym mężem i ojcem. Ma jednak poważny problem z hazardem. Popada w długi nie do spłacenia. Losy bohaterów splatają się ze sobą. Działania jednego człowieka pociągają za sobą szereg skutków odczuwalnych dla pozostałych. Cała ta siatka powiązań uwidacznia mnóstwo wątków. Film opowiada o problemie emigracji, o szukaniu swojej drogi, swojej tożsamości. Przedstawia skomplikowane relacje międzyludzkie, zagadnienie bliskości, intymności, miłości, ale też obsesji i zazdrości. Skłania też do refleksji z jednej strony nad przeznaczeniem, z drugiej, nad „byciem kowalem swojego losu”. Innymi słowy, tu znów przewija się wiele ciekawych wątków, które aż proszą się o dyskusję. Niestety czas goni i trzeba ruszyć w drogę na kolejny film.

A trzeba się śpieszyć, bo następny punkt programu już za godzinę w innym miejscu. Po dwóch dobrych filmach oczekiwania rosną, wraz z nadzieją, że w końcu dojdzie do jakiejś dyskusji. Okazuje się jednak, że zajmujące filmy mamy już za sobą, a co gorsza dyskusja, która w końcu ma miejsce, do niczego nie prowadzi.

Na pierwszy ogień poszedł blok filmów niezależnych prosto z Cinepeter Film Festival mającym miejsce w Rotterdamie. Jak dowiadujemy się na początku, ma to nas przygotować do odbioru właściwego filmu, Coalitzia w reżyserii Elada Laroma. Niestety oglądanie było utrudnione. A to z prostego powodu, że sala nie była przystosowana. Siedząc w trzecim rzędzie nie widziałam nic, albo prawie nic z napisów, które umieszczone były na dole ekranu. Także te filmy, które nie były w języku angielskim pozostały dla mnie niezrozumiałe. Reszta również była zagadkowa, ale to już przez swoją formę i duży poziom abstrakcji. Trzeba tu jednak dodać, że w większości z nich, doszukiwanie się treści filozoficznych jest raczej naciągane. Później przyszedł czas na Coalitzia. Na mnie osobiście film nie zrobił dużego wrażenia, jednak nie można odmówić mu wartości. Mamy tu do czynienia z mocnym nawiązaniem do kultury żydowskiej. Reżyser, jak i główny bohater jest izraelskiego pochodzenia. Rzecz dzieje się w Amsterdamie. Tamtejszy śmieciarz żyje sobie szczęśliwie, dopóki przypadkowo nie znajduje pistoletu. Przy broni znajduje też kartkę z imieniem. Ogarnia go wtedy chorobliwa chęć odnalezienia właściciela znaleziska. Okazuje się, że jest to ważna osoba w mieście, a dokładniej szef mafii, trzymający władzę i budzący strach. Bohatera zaczyna fascynować zagadnienie władzy i tym bardziej pragnie dostać się do właściciela broni. Ostatecznie dochodzi między nimi do konfrontacji. Śmieciarz celuje do mafiosa, ten jednak odbiera mu broń. Przychodzi mu to łatwością, podkreśla przy tym swoją wyższość oraz to, że nasz bohater nigdy nie osiągnie takiej pozycji i władzy. Film jest umowny, abstrakcyjny. Kojarzy się z nową falą kina francuskiego. Swobodna konstrukcja, brak logiki, czy zdroworozsądkowego biegu akcji, czy motywacji postaci. Nie wiemy dlaczego bohater szuka mafiosa, on zdaje się też nie wiedzieć.

Przyjęta w filmie konwencja utrudnia rozmowę na jego temat. Szczególnie po pierwszym obejrzeniu. Taki obraz wypadałoby zobaczyć co najmniej dwa razy, aby móc zauważyć większość wątków i nawiązań. Obfituje w luźne aluzje. Pełen jest treści, ale niedokończonej i niedopowiedzianej. Jest plastyczny i otwarty na szeroką interpretację. Daje to możliwość twórczej rozmowy i tym bardziej interesująco zapowiada się możliwość wysłuchania reżysera, który był gościem Festiwalu.

Tego typu filmy są trudne w odbiorze, dlatego spodziewaliśmy się pomocy i wprowadzenia od prowadzącego dyskusję, Macieja Stroińskiego. Szczególnie, że uczy filozofii żydowskiej i interpretacji kina izraelskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tak się jednak złożyło, że wprowadzenie tylko zaciemniło odbiór. Prowadzący przedstawił swoją interpretację filmu, która wydała się co najmniej podejrzana. Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, gdyby nie to, że rozmowa toczyła się raczej wokół tejże interpretacji, niż wokół tego co miał do powiedzenia reżyser.

Poza tym rozsypała się organizacja. Rozmowa przebiegała w języku angielskim. Na początku prowadzący postanowił zrezygnować z tłumaczki. Po paru dobrych minutach organizatorzy przerwali mu i wprowadzili tłumaczkę, jednak była ona raczej ignorowana i musiała wręcz walczyć oto, żeby się wtrącić. Moi towarzysze nie znali języka angielskiego i dyskusja była dla nich zlepkiem, jaki w pośpiechu udało się jej wtrącić.

Prowadzenie dyskusji dotyczącej filmu, który nie rządzi się prawami logiki, którego sens i znaczenie trudno uchwycić jest nie lada wyzwaniem. Z przykrością trzeba stwierdzić, że w tym przypadku się to nie udało.

Mimo wszystko będę wracać do Krakowa na to wydarzenie. Jest wyjątkowe i rozszerza horyzonty. Tym razem finał się nie udał, zawiodło to, co na takim Festiwalu powinno dominować, czyli wymiana myśli. Do takiej wymiany nie doszło. Dyskusji nad pierwszymi dwoma filmami nie było, a ta po ostatnim była nieudana. Niemniej same filmy dały do myślenia, a Festiwal stworzył możliwość zobaczenia ich i porozmawiania o nich już we własnym gronie.

Magdalena Żołud