Malwina Sikora

Zdumienie, zwątpienie, rozpacz

1. Dlaczego skończył się rum?

W jednym z wykładów zgromadzonych w pracy Wprowadzenie do filozofii[1] poświęconym źródłom filozofii, Karl Jaspers wymienia powody, dla których ludzie w ogóle filozofują. Zastanówmy się wraz z nim, dlaczego ludzie filozofują… No właśnie. Zastanowienie. Następuje taki moment w dniu codziennym, kiedy człowiek mrugnie trochę inaczej niż zwykle i nagle świat się zmienia. Jedna myśl pojawia się jak błysk i człowieka ogarnia zdumienie. Namysł. Zdziwienie codzienną, wykonywaną stale czynnością, która akurat w tym momencie zostaje zobaczona inaczej niż zazwyczaj. Dlaczego ma się takie odczucia, a nie inne? Dlaczego jedno denerwuje, a coś innego cieszy? Dlaczego trawa jest zielona? Dlaczego wczoraj odeszło? Dlaczego wskazówki zegara się przesuwają? Czy szybko, czy wolno? I przede wszystkim… Dlaczego skończył się rum?

Ostatnie zdanie – wypowiedź jednego z bohaterów filmu „Piraci z Karaibów[2]” – zostało przywołane nieprzypadkowo. Gdyż tak właśnie mógł wyglądać początek refleksji w życiu osoby, którą ogarnęło zdumienie. Koniec trunku w butelce wywołuje jakieś uczucia, na przykład smutek. Pojawia się melancholia i tęsknota za utraconym, poczucie skończoności, a brak możliwości powrotu wzmacnia ten stan. I tak łatwo przejść do konstatacji, że w życiu wiele rzeczy kończy się równie szybko, jak rum. Szczęście, zdrowie, powodzenie, młodość. Dociera się do końca. Do pustego dna, które może być metaforą śmierci.

Nie posuwając się aż tak daleko, można skupić się na codziennych czynnościach. Zwykły namysł nad świeżo skoszonym trawnikiem może w nas wywołać zdumienie, że koszenie stało się czynnością niemal rytualną, a w momencie refleksji nad nią, człowiek doświadcza swojej skończoności. Bo przecież trawa rośnie, od nowa i od nowa, zupełnie jak cyrkulacja życia i śmierci. Nożyce w kosiarce ucinające machinalnie trawę są jak czas żniw śmierci, a powolny, żmudny wręcz porost trawy to nasze życie, to bieg naszych lat.

Choć wnioski te mogą się wydawać trywialne, to przecież dochodzi do nich także bohater Mdłości Jean-Paul Sartre’a. Cała opowieść bazuje na jego spostrzeżeniach na temat zwykłych, prostych rzeczy. Zapach, obraz, widok twarzy oraz gestów sprowadza bohatera tej powieści do metafizycznego obłędu; rzeczy wokół niego żyją, oddziałują na niego, ich byt odciska się na nim samym.

W innej książce, autobiografii pod tytułem Słowa, Sartre pisał, iż widzi tytułowe słowa. Gdy pochłaniał w młodym wieku książki, litery złożone w zdania, lewitowały wokół niego, były z nim, przy nim. Na początku ich nie rozumiał, z racji bycia jeszcze młodym człowiekiem, ale już wtedy dostrzegał złożoność rzeczywistości.

2. Jestem, ale czy na pewno?

Jaspers pisze, iż po zdumieniu nadchodzi zwątpienie. Po odkryciu innego wymiaru w tych samych rzeczach, człowiek zaczyna wątpić we wszystko wokół. W to, że jest tak, jak widzi. potem, że wszystko to, co uważał za pewne, rozmywa się w mgle niepewności, następnie koronne cele życiowe tracą barwę oczywistości, przestają być ważne, przestają mieć sens. Po dogłębnej analizie drogi ku swojemu spełnieniu, po rozłożeniu swoich marzeń na części pierwsze, okazuje się, iż nic nie jest istotne. Rumuński filozof, Emil Cioran, nazywał taki stan przebudzeniem, spotkaniem z żywą prawdą, a za wszystko obwiniał „świadomość jako przekleństwo”. Gdy zestawia się wszystko z końcem, w tym wypadku ze śmiercią, całe życie jawi się jako błysk pewnych czynności, jak kichnięcie któregoś z bogów.

Skrajnemu wątpieniu poddał się Kartezjusz. Swoją filozofię zaczynał budować od początku. Skoro chciał wszystko wyeliminować, więc musiał zwątpić we wszystko, co przeżył, czego się nauczył, co spotkał i uważał za wartościowe. Ludzie, zdarzenia, wspomnienia, smutki, radości, przestały być istotne. Ze względu na to, że był to początek, coś powstać musiało. Kartezjusz był zdania, iż jeśli we wszystko się wątpi, to jednego należy być pewnym: tego, że się jest. Bo skoro wątpimy, to coś robimy, zachodzi jakaś czynność, bezpośrednio w nas samych. Kiedy jest wątpienie, musi być wątpiący.

Kiedy ustalimy, że jednak jesteśmy i przynajmniej o to nie musimy się martwić, to po tej myśli wcale nie czujemy się lepiej, tylko gorzej. Zwłaszcza, jeśli za rogiem czai się Cioran ze swoją żywą prawdą i już wiemy, że wszystko, co czynimy, kiedyś się skończy. I to złe, i to dobre. A także i to, że tak naprawdę to może nie mieć sensu. Im dalej w wątpienie, tym szybciej i głośniej upadają pozory pewności.

Jaspers zwraca uwagę, iż w wątpieniu celem stają się głównie ludzkie zmysły – nie można im ufać. To co widzimy nie zawsze jest tym, czym nam się wydaje. Węch może nas mylić, lub w ogóle nie działać, gdy jesteśmy chorzy. Słuch jest bardziej lub mniej wyostrzony, więc jedni słyszą cichsze dźwięki, a inni nie. W jaki sposób odczytywać świat wokół siebie, jeśli jedni widzą, słyszą, czują więcej, a inni nie? Co jeśli słyszy bądź widzi się to samo, jednocześnie coś innego? Na przykład daltoniści? Razem patrzą na czerwone jabłko i możliwym jest, iż żaden z nich nie widzi soczystej czerwieni owocu, chociaż słowo „czerwony” znają. Żeby nie było tak łatwo, posadźmy obok nich człowieka, uznanego przez ogół społeczeństwa za normalnego. Jest w tym samym pomieszczeniu, w tej samej pozycji, i patrzy na to samo jabłko. On widzi pyszny, krwistoczerwony owoc. Jednak wcale nie wiadomo, który z nich widzi właściwy kolor jabłka… Ponieważ to, że większość uważa coś za prawdę, prawdą w rzeczywistości być nie musi.

Również Blaise Pascal wątpił w zmysły. Nękany ułomnościami swojego ciała, wiecznie chory i słaby, pokładał wiarę w matematyce, fizyce i… Bogu. We wszystkim co wypływa z samego umysłu, bądź z metafizyczności, czegoś, co ciało ogarnąć nie może.

Wynikać z tego może, iż ludzie skazani na coś tak niedoskonałego jak własna cielesność, doświadczają poczucia niemocy. Uświadamiają sobie, jak wielu rzeczy nie mogą zrobić, nigdy nie osiągną. Gdy ludzie przed wiekami wpatrywali się w księżyc, nie przypuszczali nawet, że można będzie go dotknąć. To było dla nich coś nieosiągalnego, gdyż nie umieli wzbijać się w przestrzeń kosmiczną. Można przypuszczać, iż podobnie myślał Pascal: hamowany przez własne ciało, wiedział, że nie może zrobić wielu rzeczy.

Wszystkie te zabiegi filozoficzne miały służyć do wyjaśnienia człowiekowi jego roli w świecie. Najciekawszym jest to, iż z tej wiedzy nie wypływało nic praktycznego. Nie poprawiała ona specjalnie umiejętności, nie dawała zysków materialnych, nie budowała niczego pożytecznego. Była to, jak określał Jaspers, „wiedza dla wiedzy”. W takich sytuacjach ludzie widzą, iż to, co praktyczne nie daje im odpowiedzi na podstawowe, egzystencjalne pytania. Przychodzi taki czas, kiedy ma się dość wszystkiego, z czego czerpie się zysk. Rodzi się wtedy świadomość, że człowiek jest trybikiem w machinie zwanej życiem, ale jego rola jako jednostki, jego historia i przeznaczenie mają się nijak do tego, co sam stworzył.

Wraz z filozoficznym wątpieniem człowiek rozpoczął niemiłą podróż w głąb siebie.

3. Witamy na granicy szaleństwa

Martin Heidegger dał wskazówkę jak ujmować człowieka – jako wrzuconego w świat. Oto jedna z możliwości rozjaśnienia tego stwierdzenia: nikt nie prosił się na ten świat. Nikogo nie pytano o zgodę, czy chce uczestniczyć w zawodach zwanych życiem, czy chce być tym kim jest, czy ma ochotę przeżywać jakiekolwiek uczucia, dostać imię, rolę do odegrania. Często jesteśmy w tym pozostawieni sami sobie. I tak rodzi się  poczucie winy, świadomość, że jest się śmiertelnym, ułomnym cieleśnie, że trzeba walczyć, aby spełnić swoje pragnienia, nawet te najbardziej podstawowe. Często możliwość ich spełnienia jest kaprysem przypadku. Wszystko to sprawia, że człowiek dociera do granic, znajduje się w sytuacjach, które Jaspers nazwał sytuacjami granicznymi. Można je rozumieć jako sytuacje przyparcia człowieka do muru zbudowanego z jednakowych, wiecznych cegieł. A przypiera go nic innego jak świat, w którym zachodzą te sytuacje. Nie ma możliwości wyjścia poza nie, zatrzymania czasu, wciśnięcia pauzy, by zdobyć możliwość zastanowienia się. Ogrom uczuć nie daje cienia szansy na zaczerpnięcie zbawczego oddechu. Szczególnie gdy za rogiem czai się dławiący strach, wyzierający z życiowej pustki.

W tym momencie na prowadzenie wysuwa się ponownie Cioran. Ramię w ramię z Jasperem, zarzuca ludziom przymykanie oczu na oczywistość śmierci, dlatego, iż myślenie o niej nie jest przyjemne. Wywołuje uczucie paniki, a bezsens jest pompowany w ciało jak hel do balonu. Rumuński filozof zarzuca ludziom tchórzostwo, gdyż boją się tego, co jest najbardziej rzeczywiste, tego, co tworzy podstawę bycia człowiekiem. Jaspers niejako wtóruje Cioranowi mówiąc, iż ludzie w sytuacjach granicznych reagują albo wybuchem rozpaczy, albo odpychają świadomość, że się w nich znajdują nie pozwalając na rozwój siebie samych. Człowiek próbuje rozwiązać prawdy egzystencjalne na swoją korzyść, więc minimalizuje cierpienie, zwłaszcza to wynikające z uświadomienia sobie własnej kruchości, swojej bezcelowości, a winę – w myśl, iż jeśli jest moja to mogę ją zrzucić, na kogo chcę – rozganiają pożytecznymi, uspokajającymi myślami: „Trudno, następnym razem będzie lepiej/zrobię inaczej”. Z filozoficznego punktu widzenia, następny – taki sam – raz nigdy nie nadejdzie, a to co już zostało dokonane, nigdy się nie odstanie. Trzeba żyć z poczuciem winy, klęski, porażki, trzeba się tym odczuciom poddać.

Nawet jeśli zastosować się do ostatniej rady to trudno zapomnieć o konstatacji Pascala: „człowiek jest (…) jeno kłamstwem i obłudą; i w sobie i wobec drugich”[3]. A zatem jeśli nawet człowiek znajdzie się w potrzasku, to pokonując tę sytuację szybko zapomni o sprawie, ponieważ nikt nie lubi rozpamiętywać negatywnych emocji. Łatwiej jest zapomnieć. Oczywiście, nie chodzi tu o ciągłe odświeżanie swoich porażek i ułomności. Lepsza jest nieustanna świadomość możliwości powrotu do tego stanu przez inną sytuację. Nie należy odpychać od siebie prawd, które nas budują, ponieważ wpędza to nas w pętlę tych samych, patowych przeżyć.

Oczywistym jest, że będzie się poszukiwało nie tyle wyjścia z sytuacji granicznych, a sposobu przygotowania się do nich. I tak człowiek próbuje zapanować nad przyrodą, nad zjawiskami naturalnymi, by móc kontrolować siebie samego, by móc kształtować siebie w ściśle określonym kierunku. Tu ponownie pojawia się błąd, gdyż człowiek próbuje budować coś, co może wprowadzić go we wspomniane już zdumienie i trwogę na myśl o rozpuszczającym się sensie w rzeczach, które uważał za słuszne bądź pewne. Nastąpi owa cyrkulacja zdziwienia, zwątpienia, aż pojawi się mur sytuacji granicznych. Jaspers mówi wprost: doprowadzi to ludzi do klęski. I zapewne tak dziać się będzie zawsze, jako że, ludzie są niedoskonali, w dodatku nie są stworzeni do posiadania prawdy, a tylko do kroczenia drogą ku niej.

Wyżej była mowa o przeżywaniu sytuacji granicznych. Godnym zaznaczenia jest, jak rozumiał to Jaspers. Jego zdaniem, sposób, w jaki przeżywa się swoje uczucia w sytuacjach granicznych, decyduje o tym, kim się człowiek stanie. Uogólniając, są dwa wyjścia. Pierwsze, to osoba staje się kimś głupim, ponieważ popełnia te same błędy, na okrągło. Pokusa odejścia od poczucia winy jest tak kusząca, że zapomina się o konsekwencjach, w wyniku czego łatwo o powrót do punktu początkowego. Drugie wyjście z sytuacji granicznych prowadzi do, mówiąc językiem Ciorana, człowieka uświadomionego. Czyli takiego, który przyjmuje podstawy własnego bytu i nigdy o nich nie zapomina, nawet podczas dionizyjskich uniesień szczęścia.

4. „– Halo, czy mnie słychać? – A kto mówi?”

Jaspers wskazał drogę dojścia, nie tyle rozwiązania, co kompromisu ze sobą samym i z rolą, jaką ma się do odegrania w świecie. Wędrując w towarzystwie Ciorana, Pascala i innych egzystencjalistów, złorzecząc na los człowieka i wspierając się w bezsensie, nagle zatrzymuje się, i nie idzie już ścieżką fatalności. Wypuszcza ponure dłonie pesymistów oraz mówi o tym, co może uratować człowieka.

Jaspers kładzie nacisk na więzi międzyludzkie. Zaznacza, że w jego czasach, które nie są przecież tak bardzo odległe od naszych, ludzie się nie rozumieją. Wcześniej wszyscy razem w jakiś sposób ze sobą koegzystowali, a łączyła ich wiara we wspólne przekonania. Kiedyś ludzie byli na siebie skazani. Dzisiaj nikt nie musi być z drugą osobą, jeśli nie chce – umożliwia nam to technologia. Każdy może mieć swój własny samochód, swoje mieszkanie, swoje własne jedzenie, więc nie potrzebuje innych do bytowania; może tylko do zaspokajania podstawowych potrzeb, jako że człowiek ze swej natury jest zwierzęciem stadnym. Ludzie mijają się na ulicy bez słowa, a widząc znajomego, zbywają go niespełnionym „kiedyś się spotkamy”, po czym nigdy nie dzwonią, bądź nie odbierają telefonów. O tym mitycznym „kiedyś” wspominał już Pascal mówiąc „Nie myślimy prawie o teraźniejszości; a jeśli myślimy, to jeno aby zaczerpnąć z niej treści do snucia przyszłości. Teraźniejszość nie jest nigdy naszym celem. Przeszłość i teraźniejszość są dla nas środkami; celem jest tylko przyszłość. Tak więc nie żyjemy nigdy, ale spodziewamy się żyć (…)”[4]. Wszystko odkłada się na potem, a przecież potem nigdy nie nastąpi, jeśli nie zacznie się mówić „teraz”. Tak samo mówi Jaspers: zamiast pędzić życie, zaczynam je spełniać.

W ten sposób autor Wprowadzenia do filozofii daje do zrozumienia, że kluczowym działaniem filozofowania jest komunikacja. Nie może nic bez niej się odbywać. Kontemplacja w samotności, według niego, nie przynosi nic, ponieważ „samemu jest się niczym, mogę być tylko z człowiekiem”.

O ile zrozumiałym może być kierunek, który obrał Jaspers, rozświetlając istnienie ludzkie promieniami nadziei na jej polepszenie, to jednak wielu zwolenników filozofii egzystencji  może się czuć oszukanymi. W jaki bowiem sposób człowiekowi może być lepiej na myśl, iż o sytuacjach granicznych z kimś porozmawia? Gdzie tu promień nadziei? Brak poczucia fatalności istnienia? Co mu da podzielenie się z drugim oczywistym faktem naszej śmiertelności? Mówi to do kogoś, kogo też to czeka. Jaka może być w tym ulga? Wszak nie zrzuci się z siebie tego jarzma, każdy swój krzyż będzie nadal nosił, a że porozmawia sobie w drodze do swojego grobu, to sprawi tylko, iż zmąci czas, w którym powinien kontemplować prawdę swojego własnego istnienia. Drugi człowiek ułatwi mu tylko dojście do kresu drogi, a przecież nie o łatwość chodzi, a o gruntowny zamysł i przemierzanie tej ścieżki w pojedynkę – ponieważ, jak mówi Cioran, na końcu i tak jesteśmy sami. Człowiek może umierać nawet wśród najbliższych, trzymany za rękę, z poczuciem bliskości towarzyszącego mu człowieka,  że on gaśnie, a ciało człowieka siedzącego obok nadal będzie napędzane życiem.


[1] K. Jaspers, Wprowadzenie do filozofii, przeł. A. Wołkowicz, Wrocław 1995, s. 11-17.

[2] Piraci z Karaibów (Pirates of the Caribbean), Gore Verbinski, USA 2003.

[3] B. Pascal, Myśli, przeł. T. Żeleński (Boy), Warszawa 2002, s. 78.

[4] Tamże, s. 87.