Waleria Lach

 

Słodkie sny, boskie marzenia

Stanisław Lem w Kongresie futurologicznym przedstawia cywilizację przyszłości, w której dzięki tak zwanym maskonom (środkom psychochemicznym) obrazy świata zewnętrznego zastępowane są w ludzkich mózgach obrazami fikcyjnymi, tak że nie sposób odróżnić jednych od drugich. Dzięki temu członkowie tej cywilizacji przeszłości są przekonani, że żyją w komforcie i luksusie a nie w brudzie i w nędzy. Gdyby mieli oni możliwość zażycia, jak Ijon Tichy, środka przeciwpsychochemicznego ujrzeliby, jak on, przerażający i ponury obraz realnego świata. „Kryształowo tęczujące kandelabry ustąpiły miejsca zakurzonym nagim żarówkom; […] Śnieżysty obrus znikł; srebrny półmisek z dymiącą kuropatwą na grzance obrócił się w fajansowy talerz, na którym leżała nieapetyczna, szarobrunatna bryja, klejąca się do cynowego widelca, bo i jego stare szlachetne srebro znikło”[1]. Lemowska wizja społeczeństwa przyszłości radzącego sobie z przeludnieniem i nędzą przez fałszowanie obrazu świata może być potraktowana jako metafora ludzkiego losu – bez środków odurzających trudno byłoby nam znieść ciężar istnienia. Podobne maskowanie rzeczywistości przedstawia film Matrix. Jego twórcy z pewnością inspirowali się powieścią Lema, ukazując cywilizację ludzi podłączonych do maszyn, które wtłaczają w ich mózgi obrazy nieistniejącego, wspaniałego świata.

Czy wielkie wytwórnie filmowe zwane Fabryką Snów nie powstały dla zaspokojenia naszej potrzeby śnienia słodkich obrazów, jak Matrixie? Może się wydawać, że lepiej zamiast pracować przy produkcji filmów, robić coś pożytecznego. Takie rozterki przeżywa Eddie Mannix, producent filmowy i kierownik studia filmowego – bohater (a także rzeczywista postać) ostatniego filmu braci Cohen Ave Cesar! – po otrzymaniu propozycji znacznie bardziej sensownej pracy niż ta, którą wykonuje w wytwórni. A jednak nie decyduje się na zmianę zajęcia, bo choć wydaje się, że filmy, to tylko interes, wierzy, że mają wartość. Czy nie poczuł jej każdy, kto siedząc w fotelu kinowym zapomniał o bożym świecie zagłębiając się w magii obrazów oraz przesłaniu, jakie one za sobą niosą? O potędze obrazu filmowego jako uśmierzacza bólu istnienia wiele mówi film Woody’ego Allena Purpurowa róża z Kairu. Głowna bohaterka, Cecillia spędza w kinie wiele godzin po pracy, by nie musieć znosić w domu męża brutala, który nie tylko jej nie rozumie, ale i ją zdradza. Niespodziewanie dla Cecillii dwa światy, filmowy i rzeczywisty stykają się, kiedy jeden z aktorów opuszcza film i wchodzi do sali filmowej zaintrygowany jej osobą (wciąż oglądającą ten sam film). Fikcja miesza się z rzeczywistością, filmowa rzeczywistość materializuje się, co prowadzi do wielu zabawnych momentów, jak na przykład ten, kiedy postać filmowa wchodzi w spór z aktorem, który ją gra w filmie. Cecillia zaprzyjaźnia się z filmowym bohaterem, z którym bardzo przyjemnie spędza czas. Mimo to nie decyduje się wraz z nim przekroczyć ekranu kinowego i wejść w rzeczywistość filmu. Pozostaje w realnym świecie, znów spędzając czas na seansach filmowych, które dają jej zapomnienie. Taka jest siła przekonania, że rzeczywistość jest lepsza od fikcji.

„Pozwólcie ludziom wierzyć w cokolwiek zechcą, jeśli to im pomaga”. Ta myśl Georga Christopha Lichtenberga wyraża głęboką prawdę o ludzkim pragnieniu pogrążania się w stanie, który czyni realność bardziej znośną. W postulacie, by pozwolić ludziom wierzyć w co chcą nie chodzi o wiarę religijną i iluzję istnienia jakiejś innej, lepszej rzeczywistości, krytykowaną przez trzeźwych realistów i racjonalistów. Chodzi o marzenia, o wizje i wyobrażenia (fantomy) dające ludziom nadzieję i poczucie, że warto podjąć trudy codzienności, kiedy ma się możliwość, choćby tylko na chwilę, poczuć się kimś wyjątkowym i niezwykłym. Co zrobić, by to poczucie mogło trwać dłużej? Jak odgrodzić się od rzeczywistości, by nie przypominała wciąż o sobie? Jak umiejętnie upiększać świat i nie tracić wiary, że jest taki faktycznie, a nie tylko w naszym wyobrażeniu?

Mistrzynią w tworzeniu tego rodzaju alternatywnego wymiaru istnienia była Florence Foster Jankins, najgorsza śpiewaczka świata, kobieta, która choć nie miała talentu wokalnego, żyła w poczuciu, że jest wielką artystką. Dawała koncerty i nagrała płytę. Wystąpiła nawet w Carnegie Hall dla trzytysięcznej publiczności. Kontrast między tym, co się widzi i słyszy – czy to dzięki Meryl Streep wcielającej się w postać Florence w filmie Stephena Frearse’a Boska Florence, czy też dzięki Krystynie Jandzie grającą Florence w polskiej inscenizacji sztuki teatralnej Petera Quittera Boska – gdy Florence śpiewa, a tym, co ona sama wówczas myśli o sobie jest ogromny. Nie jest to po prostu niewprawny, niewyszkolony głos, lecz całkowity brak wyczucia rytmu i nieumiejętność odtwarzania dźwięków, całkowita profanacja sztuki wokalnej. Tymczasem filmowa czy sceniczna bohaterka zdaje się w ogóle tego nie zauważać! A nawet jeśli, to nic sobie z tego nie robi. Co więcej, nie ma oporów w katowaniu słuchaczy potokami nieharmonijnych fraz, w swoim przekonaniu sprawia im tym przyjemność. Jak to możliwe, że nie słyszy sama siebie? Ależ słyszy! Ma tylko zdolność przekształcania tego, co faktycznie ma miejsce, w to, co sobie wyobraża i o czym marzy. Potrafi maskować rzeczywistość i co ciekawe, nie potrzebuje do tego maskonów! Czy nie znamy kobiet, które czynią podobne sztuczki w odniesieniu do swojego wyglądu? A mężczyzn, którym się wydaje, że nie widać ich łysiny, bo umiejętnie zaczesali na nią partię tych włosów, które im jeszcze pozostały? Siła imaginacji! Im mniej wierzy otoczenie w naszą wersję siebie, tym mocniej trzeba wierzyć w nią samemu. Nie ma takiej rzeczy, której człowiek nie byłby sobie w stanie wmówić. I robi to skutecznie. Gdzieś w głębi duszy wie, że jest inaczej, lecz dopóki trwa show, potrafi o tym nie myśleć.

Filmową czy sceniczną Florence Jankins przedstawia się ją jako osobę, która spełniła swoje marzenia. Faktycznie, motorem napędzającym jej działanie jest na pewno miłość do muzyki i śpiewu, marzenie o tym, by się w tym realizować. Ważniejsza jednak wydaje się być jej umiejętność przerabiania szarej rzeczywistości w spektakl, w którym odgrywa główną rolę. Nie jest to obce nikomu, bo każdy to robił jako dziecko. Czy trzeba było wielu zabiegów, by poczuć się jak Janek czy Marusia z Czterech pancernych? Florence Jankins prócz siły imaginacji miała jeszcze jeden bardzo skuteczny sposób: opłacanie otoczenia, by wraz z nią podtrzymywało iluzję, by pomagało jej maskować rzeczywistość. Zarówno Quitter w sztuce o Florence, jak i Frears w filmie o niej, poświecili wiele uwagi temu fenomenowi wzajemnego podtrzymywania się w złudzeniach. W filmie mąż Florence, a w sztuce zarówno on jak i jej przyjaciółka robią wszystko, by nawet skrawek realności nie przedarł się do tego idealnego wymiaru, w którym przebywa Florence. Sponsorowane hojnie towarzystwa muzyczne gromadzą w swoich szeregach wielbicielki jej talentu. Widownia na koncertach, to w większości opłaceni widzowie. Kiedy w jednej z nowojorskich gazet ukazuje się niepochlebna recenzja koncertu Florence, zarówno jej mąż, jak i akompaniator Cosme stają na głowie, by żaden egzemplarz gazety nie dostał się w jej ręce. Owo współmaskowanie ma na celu jedno – cieszyć się szczęściem Florence (całkowicie w duchu myśli Lichtenberga). O tym, że tak jest świadczy postawa akompaniatora Cosme. A dokładnie mówiąc, ewolucja, jaka się w nim dokonuje, gdy lepiej poznaję swoją chlebodawczynię. Od początkowego przerażania i chęci ucieczki, do pełnego zrozumienia i sympatii. Ostatecznie docenił siłę, jaką Florence daje śpiew, a także to, że ona zaraża swoją radością otoczenie. Nie martwi ją wcale fakt, że może jej zabraknąć pieniędzy wydawanych na realizację marzeń, bardziej cieszy się życiem niż posiadaniem czegokolwiek.

Nie tylko Cosme tak czuje. Nie można było zetknąć się z tą kobietą i nie docenić jej pasji. Kiedy w filmowej opowieści o Florence, bohaterka zaczyna śpiewać dla żołnierzy zgromadzonych w Carnegie Hall, reagują oni śmiechem i gwizdami. Wówczas jedna z kobiet na widowni wstaje i uciszając ich mówi, „Nie widzicie, że ona wkłada w to całe serce!”. W filmie, inaczej niż w sztuce prawda, która wreszcie dociera do Florence, prawda, którą brutalnie obnaża jeden z recenzentów koncertu w Carnegie Hall zabija ją. W sztuce Quittera bohaterka cieszy się swoim sukcesem odniesionym na tym koncercie i umiera kilka miesięcy po nim w poczuciu spełnienia. Widz uświadamia sobie, że miała rację nie martwiąc się pieniędzmi, starczyło jej ich do końca życia.

Skoro maskowanie jest zjawiskiem powszechnym, to można nauczyć się od najgorszej śpiewaczki świata jednego: nigdy nie pozwolić zabrać sobie tego, w co się wierzy i co się kocha, nawet jeśli spotyka się to z lekceważeniem innych ludzi. Nie ma potrzeby rozbijania ludziom iluzji pod warunkiem, że, jak wyraził to Lichtenberg, pomagają im one, a innym nie szkodzą.

[1] S. Lem, Kongres futurologiczny, Kraków 1983, s. 101.