Monika Rogoza

Zbigniew Makowski To by było wszystko

Oto nieduża kartka papieru przyklejonego na kartonie – 41,5 cm wzdłuż i 27 cm wszerz. Nie przypomina rysunku. Cała jest w  tuszem pisanych słowach. Kompozycja, być może skrupulatnie przemyślana, ostatecznie sprawia wrażenie chaosu, szkolnej plątaniny słów wypisywanych na ostatnich stronach zeszytu, do których nie zagląda nauczyciel. Pismo też „nie-rysunkowe”, bez żadnych zdobień, złoceń i pięknych wywijasów. Raczej proste, pochylone, niezuniwersalizowane poprzez stosowanie się do wzorów i schematów „publicznych liter”. Można by jeszcze dodać, że nieco dziecinne (zupełnie jak te z ostatnich stron naszych szkolnych brulionów).
A więc niewielka kartka zapisana i wzdłuż i wszerz i wspak, a na niej alfabet znaków i figur; pewne z nich można rozpoznać, i mimo plątaniny i chaosu, ułożyć w zdania. Zarówno materiał będący substratem materialnym rysunku,  jak i tusz, którym został on wykonany odsyła nas do dziecięcego świata owych szkolnych zeszytów. Ale nie tylko to. Odsyłają nas doń jeszcze dziecinne, pochylone litery o niewyrobionym charakterze. I nie tylko litery, ale i treść ułożonych z owych liter słów. Mamy wrażenie, że napisał je ktoś rozkoszujący się czynnością pisania, dla kogo zdania były tylko pretekstem by móc wzdłuż i wszerz i wspak zapełnić kartkę. To nieustanne sięganie do świata dzieciństwa, skłania myśl ku dzieciństwu sztuki współczesnej, kiedy to dadaiści, chcąc uwolnić się od „starczości obecności”, powracali do świata dziecinnych zabawek. Nie był to jednak powrót do krainy niewinności. Był to sprzeciw wobec kultury, która doprowadziła do takiego absurdu, jakim była, według nich, wojna. A skoro doprowadziła, to jej siła niewątpliwie musiała być destrukcyjna. Stąd też należało się od kultury odwrócić i cofnąć do pierwotności. Zniszczyć wiedzę, zniszczyć tradycję i osiągnąć całkowitą tabula rasa.
Porównanie dziecięcego, czy może tylko pozornie dziecięcego świata Zbigniewa Makowskiego  ze światem dadaistów jest w tym przypadku zasadne.  Dadaiści chcieli  bowiem przez swój prymitywizm oddać splątaną chaotyczność rzeczywistości. Odrzucając prawa logiki, chcieli osiągnąć bezpośredniość i prawdę przekazu. Ową bezpośredniość zaś najlepiej realizowało, ich zdaniem, gaworzenie niemowlęcia, które nic jeszcze nie wie, ni o prawach logiki, ni o zasadach gramatycznych. Nic o tym, co destrukcyjne i nieautentyczne. Makowski w swoim powrocie do szkolnych zeszytów również osiąga owo wrażenie bezpośredniości, autentyczności i spontaniczności. Przekonuje nas tym, że mamy do czynienia z czymś intymnym. Kto z nas bowiem chętnie otwiera przed innymi ostatnie strony szkolnych zeszytów, które powstały niczym przy użyciu surrealistycznej metody automatycznego pisania? Makowski nie nadaje kształtu swojej wypowiedzi, to ona nim rządzi, narzuca mu się, a on jest zmuszony podążać za nią, gdyż warunkiem jej wypowiedzenia jest spontaniczność, uśpienie rozumu, i poddanie się dyktatowi myśli. A myśli dyktują mu: „To nic tylko wypisywać od strony lewej do strony prawej albo odwrotnie(…) to  imię hebrajskie”, „Tak jak słowo ma się do swego znaczenia a forma narysowana do dźwięku”, „Imię, Your name”. Czy jednak rzeczywiście jest to zapis sennej, podświadomej rzeczywistości, czy są to tylko absurdy, które nic nie mają nam do powiedzenia? A może jest w nich ogrom sprytu i owo dziecięctwo i przypadkowość są bardzo powierzchowne? Może kryje się za nimi sezam, który można otworzyć jeśli tylko uda się znaleźć odpowiednie hasło? Poplątanie znaków i figur daje wrażenie łamańca, który należy ułożyć, rozszyfrować, aby otworzyły się drzwi do obiecanej przez ów łamaniec krainy. Stoimy więc przed ową kartką 41,5/27cm., która, gdyby nie to, wisi na jednej ze ścian galerii sztuki, najprawdopodobniej zostałaby przez nas potraktowana jak zwyczajne bazgroły. Ale ona wisi, i choć nie mamy co do niej pewności, to jednak mamy pewność co do gwoździa na którym wisi. Wiemy, że właśnie ów gwóźdź tkwi w ścianie tak szanowanej instytucji kulturalnej jaką jest galeria (można dodać przy tej okazji, że rysunek należy do zbiorów Muzeum Zielonogórskiego). Czujemy więc, że ta kartka coś nam obiecuje, jakiś sezam właśnie, a w nim skarby. Przechylamy twarz na prawo i lewo, tak by odczytać wszystkie zapisane tam słowa. Podchodzimy blisko, aby wypatrzeć drobne litery, odszyfrowujemy to, co zostało napisane do góry nogami i ciągle próbujemy i ciągle nie znamy hasła. Jeśli faktycznie „dadaistyczność” tego rysunku nie jest tylko pozorem, wykorzystaną rozmyślnie grą, to żadnego hasła nie ma. Jest tylko absurd i tylko absurd możemy zeń wyczytać. Ale niektórzy w to nie wierzą, wiedzą, że Zbigniew Makowski łączy swe działania plastyczne z działaniami literackimi, filozoficznymi. Myślą więc sobie, że „coś musi w tym być”. I faktycznie, jeśli się przestanie kręcić głową to widzi się, że coś jest. Jakaś „filozofia” sztuki, nie wiadomo czy sztuki w ogóle, czy sztuki współczesnej, czy po prostu tego rysunku, który, gdyby tylko spadł z owego galeriowego gwoździa i w wyniku przeciągu wyfrunął przez okno, to jakiś milszy od innych przechodzień podniósłby go i wyrzucił do kosza. Czy jednak ów przechodzień miałby prawo potraktować w ten sposób kartkę, która podpisana została czyimś imieniem i nazwiskiem? Czy w sztuce to nie człowiek, który się poprzez nią wyraża, jest najważniejszy? I czy nie jest w niej najważniejsze to, że jest ona świadectwem czasu, tak jak owa kartka, po której Zbigniew Makowski pisał dnia czternastego listopada tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku? I czy to właśnie nie wystarcza, by owe 41,5/27 centymetrów powiesić na tym właśnie a nie innym gwoździu?
A czy nasz łamaniec daje jakąś odpowiedź? Hasło, jak się okazuje, jest tuż tuż – w tytule. Brzmi on: „To by było wszystko”. Sztuka więc to nie musi być dzisiaj nic ważnego. Wystarczy zostawić wiadomość, że pisał to Zbigniew Makowski dnia 14 Listopada 1961 roku w Warszawie i „to by było wszystko”.  Akcent zostaje przesunięty. Sztuka jest sztuką nie ze względu na swój przedmiot, ale podmiot. To artysta jest najważniejszy. To nasza indywidualność, to nasze w siebie, nie w przedmiot, zapatrzenie jest priorytetem.
Dawniej mówiło się o kontemplacji sztuki. Trzeba było stać i stać, aby wreszcie po tych godzinach stania „spotkać się” z obrazem. Rysunek Zbigniewa Makowskiego zewnętrznie może spełniać taką samą funkcję. Zatrzymywać nas przy sobie na długo, ale nie po to byśmy kontemplowali, ale układali łamańce. Starali się rozumieć tam, gdzie nie ma nic do rozumienia, otwierali sezam, w którym nie ma skarbów… ”To nic ważnego” – brzmiała odpowiedź zagadki. Sztuka to nie musi być dzisiaj nic ważnego.