Rzeczywistość czy fikcja?
Wydaje się, że w przypadku Drogówki i Pokłosia zabrakło skali na termometrze mierzącym odchylenia od normalności. W jednym filmie finałowa scena zwieńczona została współczesnym ukrzyżowaniem, w drugim spotykamy się z większą ilością zaskakujących wydarzeń niż te, które bylibyśmy w stanie przewidzieć. Dlaczego autorzy wymienionych filmów sięgają po tego typu kontrowersyjne rozwiązania? Oto jest dobre pytanie filozoficzne. Można wskazać co najmniej dwie odpowiedzi. Filmy te, jak każde popularne kino mają swoją koniunkturę, a za cenę kontrowersji można sobie kupić sukces. Nie ma przecież nic bardziej oczywistego, jak dobra zapłata za dobrze wykonaną pracę – oba filmy reprezentują wysoki poziom artystyczny. Przy czym „dobrze” oznacza tutaj trafianie w gusta i potrzeby odbiorców. Odpowiedź ta ma wydźwięk negatywny. Spróbujmy więc poszukać pozytywnego. Autorom tych pomysłów o coś chodziło, chcieli coś przekazać widzowi, chcieli poruszyć jakiś czuły punkt. Idąc tym tropem trzeba zauważyć, że szarpnęli za niejedną strunę i teraz cały czas niektóre z nich są rozedrgane.

Losy odczytania Drogówki nie kończą się na licznych recenzjach. Przenoszą się na dyskusje o współczesnej policji, o jej kondycji. Chwała Smarzowskiemu za to. Tak oto mnóstwo dziennikarzy i dziennikarek zdobyło nowy temat. Prześcigają się teraz w tym, aby pokazać prawdziwą twarz stróżów prawa. Zadają więc policjantom pytania, czy rzeczywiście tyle piją podczas służby, czy biorą tyle łapówek, czy tak imprezują i czy można być bardziej zdegenerowanym? Tym pytaniom towarzyszy nierzadko pokaz wspaniałości, jakimi nasza policja dysponuje: nowy sprzęt, świetne strategie i dobre przygotowanie do służby a i o planach na przyszłość można nierzadko przeczytać. Nic dziwnego, wszak policja się zreformowała i teraz ma okazję to pokazać. Dziwi zatem działanie wiceszefa policji, który jak podaje „Dziennik.pl” zakazał swoim podwładnym chodzenia do kina na hit Smarzowskiego[1]. Komendanci drogówek powinni raczej umieć docenić zainteresowanie mediów. Od dawna nie mieli tak świetnej okazji do promocji i pokazania, jak wiele się zmieniło. Patrząc z tego punktu widzenia należy zadać pytanie, czy zatem Smarzowski zrobił film tylko po to, żeby każdy mógł mu jak na dłoni pokazać, że się myli, że nie trafia w rzeczywistość, że ze swoim filmem spóźnił się 20 lat? Wysoce wątpliwy byłby taki wniosek. Smarzowski przecież musi znać realia. Nie kręci filmu zza oceanu jedynie na podstawie własnej zawodnej pamięci, podrasowując nieco niektóre wspomnienia. Można więc założyć, że chodzi mu o coś innego. Doprowadza do eskalacji, gdyż potrzebna mu ona do wywołania określonego efektu. Spróbujmy go poszukać.

Skoro już ustaliliśmy, że film Smarzowskiego nie jest dokumentem, lecz dziełem opartym na fikcji sztuki filmowej, to trzeba zwrócić również uwagę na fakt, że tego rodzaju twórczość rządzi się własnymi prawami – rozpatrywanie jej musi zostać odniesione do właściwego jej poziomu. Jest on artystyczny i nie chodzi tu tylko o jego walory estetyczne. Oznacza to, że film Smarzowskiego ma swoją wewnętrzną logikę, która nie musi mieć wiele wspólnego z zastaną rzeczywistością. Oczywistość ta jest w wielu komentarzach do filmu pomijana i ma swoje konsekwencje, o których będzie później. Zobaczmy najpierw, o kim jest film. Reżyser postawił na ukazanie swojego bohatera w kontraście do jego otoczenia. Z jednej strony toczona przez robaki zepsucia policja, z drugiej strony idący na przekór śmiałek. W bohaterze nie ma jednak patosu. Nie jest przecież nieskazitelny i niejedno można mu zarzucić. Potrafi wybuchnąć złością, ma słabość do drogich rzeczy, na które nie może sobie z czystym sumieniem pozwolić, swoją żonę traktuje przedmiotowo, a ponad wszystko lubi alkohol i koleżankę z pracy. Daleko mu więc do ideału, a jednak na tle swoich kolegów wydaje się być wzorem. Nie bierze łapówek, kiedy trzeba potrafi sprzeciwić się przełożonemu, aby nie puścić wolno posła zatrzymanego za jazdę po pijanemu itp. Jednym zdaniem, oto mamy kogoś, kto ma zasady i co więcej jest to respektowane przez tych, którzy tych zasad nie mają. Zabieg ten sprawia, że sierżant Król (Bartłomiej Topa) zyskał na autentyczności. Widząc taką konstrukcję bohatera można śmiało stwierdzić, że reżyser mógł na swój warsztat wziąć kogokolwiek innego, a powiązanie z rzeczywistością posiada on dzięki swej uniwersalności a nie przynależności do takiej a nie innej grupy. Ciekawe jest to, dlaczego akurat zdecydował się na policję, lecz decyzja ta nie może przesądzać o wartości całego filmu.

O randze filmu można napisać uwzględniając jego wielowymiarowość. Interesujący nas tu punkt widzenia jest filozoficzny, gdyż film niewątpliwie posiada taką warstwę, a w niewielu komentarzach zostaje ona ujęta. Wróćmy więc do tego, jaki efekt uzyskuje Smarzowski pokazując zdegenerowanie świata. Posunięta do granic możliwości groteska sprawia mianowicie, że film zapada w pamięć, lokuje się w niej obraz bardzo trwały, posiadający duży ładunek emocjonalny. Jest w nim jednak coś, co odróżnia go od poprzednich filmów reżysera. W przeciwieństwie do Róży czy Domu złego obraz Drogówki posiada wentyl bezpieczeństwa, ma swoje ujście. Znajduje się ono w finałowej scenie, kiedy zbuntowany i chcący walczyć z systemem sierżant Król dostaje dobrą radę od komendanta, który proponuje mu zresetowanie wydarzeń, daje mu czystą kartę i możliwość powrotu do pracy po tym, jak wydawało się, że Król „wygrał rolę kozła ofiarnego”. Sierżant Król słyszy starą prawdę, która brzmi „Chcesz zmienić świat, to zacznij od siebie”. Nikogo nie interesowałoby usłyszenie tej prawdy, gdyby Król nie przeszedł zawiłej drogi przez warszawski półświatek. Jego sytuacja życiowa – fakt, że dostał szansę zacząć wszystko od nowa pokazuje egzystencjalny wymiar filmu. Moment, w którym bohater musi zdecydować czy jest na tyle nieskazitelny, aby móc oskarżać innych i z dumą iść z tym oskarżeniem pod prąd czy przewartościować własne poglądy i pracować nad zmianą znanego mu świata od środka.

Film chociaż niewiele mówi o współczesnej drogówce, to wiele mówi o współczesności. Losy filmu natomiast pokazują, że wskazywana w filozofii przez Jeana Baudrillarda hiperrzeczywistość jest po prostu naszym udziałem. O tym, jak bardzo się rozwija pokazują niektóre polskie media, które odrywają od filmu głównie jedną warstwę i odmieniają ją na wszystkie przypadki, sprowadzając go do dyskusji o stanie polskiej policji. Zapewne to słuszny temat, ale czy jedyny i najważniejszy podjęty w filmie?

Dorota Barcik